niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 7

  Kiedy się obudził był już w swoim szpitalnym łóżku. W pokoju było jakoś tak dziwnie cicho. Nie było już Harrego i Justina skaczących po łóżkach i biegających po całym pokoju jak to na chłopców w ich wieku przystało. Właściwie nie było ich już od tygodnia, ale Jake jakoś wcześniej tego nie zauważył. Podobno chłopcy wraz z matką zostali przeniesieni do kliniki dla samotnych matek. Nie obchodziło go to za bardzo. Ciągle był zajęty zajęty myśleniem o Rosie, o tym dlaczego nie powiedziała mu o chorobie i dlaczego tak naprawdę nigdy nie pytał jej po co leży w klinice. Nie obwiniał jej, obwiniał siebie. Wściekał się na siebie, że nie wspierał jej w trudnych chwilach, że nie poszedł do kliniki wcześniej, że nie jest teraz z nią, że nie podtrzymuje jej na duchu delikatnie gładząc jej dłoń, całując jej policzki. Uważał, że powinien teraz siedzieć tam, w sali 303 razem z Lindą i czekać z uśmiechem na twarzy, aż Rosalie wróci z chemii. Znowu poczuł jak ogarnia go gniew, taki sam jak wtedy kiedy wracał z kliniki.
Leżał tak w bezruchu i myślał jeszcze przez kilka kwadransów, potem chwycił za telefon leżący na stoliku nocnym, żeby sprawdzić która godzina. Było już piętnaście po jedenastej. Od kiedy leżał w szpitalu nigdy nie spał tak długo. Nie lubił spać, przerażały go jego sny. Najczęściej śnił mu się wypadek, budził się wtedy w środku nocy, siadał na łóżku i nie spał do czasu, aż zaświeci słońce.
Po chwili chciał wstać żeby iść do toalety i wtedy złapał go przerażający ból przeszywający jego tył głowy i kark. Wtedy na salę weszła jedna z pielęgniarek, Jake nie widział jej tu chyba jeszcze, podejrzewał, że była nowa, albo może na stażu. Właściwie to nawet mu się podobała. Była młoda, ładna, taka filigranowa blondyneczka o lazurowych oczach, ale w jego odczuciu nie dorównywała urodą Rosie nawet w najmniejszym stopniu. Rosie była dla niego po prostu idealna. Kate, bo jak się potem dowiedział tak właśnie miała na imię ta pielęgniarka, kiedy zobaczyła chłopaka szybko zawołała:
-Nie, nie.. Leż! Połóż się, musisz leżeć!
-Co mi jest? Dlaczego tak cholernie boli? - zapytał chłopak krzywiąc się z bólu.
-Dwa dni temu zasłabłeś przed szpitalem, upadając uderzyłeś głową o krawężnik. Nic poważnego na szczęście ci się nie stało, to tylko drobne skaleczenie, ale powinieneś poleżeć do czasu, aż zejdzie Ci obrzęk.
Ta pielęgniarka powiedziała to jakoś tak miło, z uśmiechem, tak, że Jackob naprawdę chciał jej słuchać. Odwzajemnił jej uśmiech kiedy wychodziła i zakrył twarz dłonią. Nie mógł uwierzyć w swoje nieszczęście. Nie dość, że trafił tu po wypadku to jeszcze rozbił sobie głowę o pierwszy lepszy krawężnik, a do tego przespał dwa dni. To wszystko go tak rozbawiło, że parsknął śmiechem
i znowu przeszył go ten ból w czaszce.
Jackob leżał w łóżku jeszcze przez trzy dni, wstawał tylko do toalety. Oczywiście pomagała mu w tym śliczna pielęgniarka Kate. Zaprowadzała go do łazienki i czekała na niego aż wyjdzie, a wtedy odprowadzała do z powrotem do łóżka. Dużo rozmawiali, chociaż właściwie o niczym, bo o czym miałby rozmawiać ze szpitalną pielęgniarką? Gadali o pogodzie, o samopoczuciu, o szkole i pracy. Lubił te rozmowy, bo dzięki nim czas płynął mu szybciej. Jake dowiedział się od niej, że ma dwadzieścia lat, studiuje medycynę, a na razie pracuje jako pielęgniarka, żeby opłacić czesne. Nie opowiadał jej jednak dużo o sobie, nigdy nie wspomniał też o Rosalie.

Czwartego dnia Jake czuł się już zupełnie dobrze. Wstał rano bez pomocy, wziął porządny prysznic, połknął leki i wyciągnął z szafy najlepsze ubrania jakie tylko znalazł. Założył czarne rurki, bordowe vansy, szarą bluzę z kapturem, a w rękę chwycił kurtkę, bo na dworze było już coraz chłodniej. Poszedł szybko do Kate i powiedział – Idę do swojej przyjaciółki do kliniki obok, kryj mnie – puścił oczko i zaczął się śmiać. Kate zgodziła się i uśmiechnęła się szczerze do niego. Wtedy Jackob zbiegł szybko po schodach, wyszedł ze szpitala i ruszył w stronę kliniki nabuzowany pozytywną energią.  

sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział 6

Jackob, zanim zajrzał w głąb pokoju wziął kilka głębokich wdechów. Zamknął oczy, doliczył do dziesięciu i wciąż niespokojny otworzył szerzej drzwi i zrobił kilka kroków. Pokój był niewielki, na jego ścianach nie było żadnego obrazu, nawet plakatu. Ściany te przytłaczały swoją pustką i śnieżno białą bielą. Podłoga, tak jak i na korytarzu była wyłożona białą posadzką. Cały pokój sprawiał wrażenie sterylnie czystego. Na środku pokoju ustawione było puste łóżko, a w ogół niego różne aparatury medyczne. Przy łóżku stało krzesło, na którym teraz siedziała kobieta o kasztanowych włosach, głową oparta o łóżko, wyglądała na śpiącą. Podszedł do niej i delikatnie dotknął ramienia kobiety. Momentalnie odskoczyła i spojrzała na niego trochę wystraszona. Wtedy Jackob pierwszy raz zobaczył jej twarz. Nie wyglądała najlepiej. Nie miała na sobie makijażu, jej oczy były mocno podkrążone. Chłopak nigdy wcześniej jej nie widział, mimo to sprawiała wrażenie znajomej.
-Tak? O co chodzi? - spytała wreszcie kobieta ocierając łzę spływającą jej po lewym policzku.
-Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale w recepcji powiedziano mi, że znajdę tu Rosie – zapadła niezręczna cisza, której kobieta najwyraźniej nie chciała przerywać – to pewnie pomyłka. Przepraszam panią najmocniej – chłopak ruszył szybko do wyjścia.
-Nie, nie stój! - zawołała kobieta – to pokój Rosalie, jestem Linda, jej matką. W czymś mogę pomóc? - powiedziała ciut oschłym tonem
-Nazywam się Jackob Sullivan, poznałem Rosalie jakiś czas temu w parku, mówiła, że się tu leczy. Nie odzywała się od kilku dni, martwiłem się i postanowiłem przyjść.
-Ach tak! Córka mówiła mi o tobie! Ty jesteś tym sympatycznym chłopcem ze szpitala naprzeciwko, prawda? - westchnęła, po czym znów zaczęła nie dając mu odpowiedzieć – Rosie jest właśnie na chemii. Co prawda wróci trochę osłabiona, ale może chcesz zaczekać? Byłoby mi naprawdę bardzo miło. - Kobieta uśmiechnęła się i wysunęła spod łóżka drewniany taboret i wskazała na niego. Jake usiadł na nim bez słowa. Minęło kilka minut zanim wykrztusił coś z siebie.
-Jak to chemii? Chemioterapii tak? Dlaczego ona jest na chemioterapii, przecież jest zupełnie zdrowa! - spojrzał głęboko w oczy Lindy, szukał w nich odpowiedzi.
-To Ty nic nie wiesz? Rosalie ma białaczkę, myślałam, że ci mówiła.


Wtedy nagle wszystko dla niego nabrało sensu, wszystko stało się jasne. Słyszał, że kobieta mówi jeszcze coś do niego, wiedział, że była tym bardzo przejęta, ale nie słuchał. Powoli wstał, wtedy do jego oczu napłynęły łzy. Kiedy chwycił za gałkę odwrócił się jeszcze na chwilę w kierunku łóżka i rzucił słowem - przepraszam-, które z trudnością przeszło mu przez gardło. Wyszedł z pokoju, szedł stałym szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Łzy po jego polikach płynęły tak szybko, że jego koszulka niemal zupełnie zmokła. Nie przejmował się tym, nie ocierał już nawet twarzy. Po prostu szedł do drzwi. W jego głowie wciąż dźwięczały słowa Lindy - ma białaczkę - nie myślał o niczym innym, tylko o tych słowach. Wyszedł z kliniki nie zważając na ludzi, przez których się przepchnął. Zegar miejski właśnie wybił godzinę dziesiątą kiedy przechodził obok ławki. Tej ławki przy której zawsze wspólnie z Rosalie spędzali popołudnia. Wtedy poczuł gniew. Niesamowity gniew który przeszywał jego organizm. Dłonie zacisnęły się w pięści, nogi prowadziły go coraz szybciej, oddech przyspieszał i stawał się płytszy. Niesamowicie nabuzowany doszedł do frontowych drzwi szpitala św. Tomasza. Wtedy po raz pierwszy stanął, zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Nagle wszystko mu się zakręciło, nie wiedział co się z nim dzieje. Upadł.

niedziela, 20 października 2013

Rozdział 5

Jakob nie spał już szóstą noc z rzędu. Czuł, że jest na pograniczu swojej wytrzymałości. Zasnąć nie pozwalała mu pustka w sercu, którą od jakiegoś czasu wypełniała mu Rossie. Ciągle myślał dlaczego dziewczyna zniknęła, dlaczego zostawiła go samego. Wymyślał niestworzone historie o tym jak to porwali ją kosmici, albo jak w wyniku upadku straciła pamięć. Jakob dopuszczał jeszcze trzecią opcję, znudził dziewczynę, a ta nie wiedziała jak to powiedzieć dlatego unikała go w każdy możliwy sposób. Tłumaczył to sobie choć tak naprawdę nie wiedział dlaczego. Nie wiedział co czuł do Rossie i właściwie nie zdawał sobie sprawy z tego jak jest dla niego ważna.
Kiedy wieża zegarowa wybiła trzecią w nocy nagle go olśniło. Przypomniało mu się jak dziewczyna opowiadała o tym jak znalazła się w parku pierwszego dnia. Przypomniało mu się, że jego Rossie leżała w klinice koło szpitala. Wtedy to wpadł na pomysł żeby ją odwiedzić.
Kiedy tylko zaczęło świtać i Jake jak zwykle wziął szybki prysznic i popił poranną dawkę leków szklanką wody, ubrał się i poszedł do pokoju zabiegowego. Upewnił się, że nie ma zaplanowanych badań na dzisiejszy dzień i wyszedł z budynku. Poszedł do parku, jak zwykle, jednym tchem spalił papierosa, ostatniego jakiego wczoraj przyniosła mu mama i starał się przejść niezauważonym do kliniki po drugiej stronie parku, naprzeciw ewakuacyjnego wyjścia ze szpitala.
Otworzył drzwi i oślepiło go białe światło odbijające się od białej podłogi w holu. Chłopak rozejrzał się trochę wokół siebie. Podłoga była śnieżno biała i lśniąca, można by rzec, że godzinami polerowana. Ściany były w rożnych odcieniach szarości, a gdzie nie gdzie były ustawione fikusy w czarnych matowych donicach. Odnalazł recepcję i trochę niepewnym krokiem podszedł do sterylnie czystego blatu z czarnego marmuru. W pół drogi zawahał się jeszcze na chwilę, zatrzymał się i wziął głęboki oddech zamykając przy tym oczy. Po chwili ruszył jednak w stronę recepcji.
Zza lady wyłoniła mu się filigranowa postać recepcjonistki. Była to młoda uśmiechnięta brunetka o klasycznych rysach twarzy i niebieskich oczach. Oparł ramię o kant blatu, a wtedy kobieta zapytała - W czym mogę Ci pomóc?
  • Ja... Ja... Ja szukam Rossie - powiedział nieśmiało chłopak.
  • Przepraszam, kogo? - odrzekła trochę zdziwiona pracownica
  • Rossie, to znaczy Rosalie. Cholera! Nie pamiętam jej nazwiska. To taka niska blondynka. Mówiła mi, że się tutaj leczy, czy... Czy ja mogę się z nią zobaczyć?
  • Rossie, Rossie... Zaczekaj – kobieta wyjęła szary segregator i zaczęła przerzucać kartki – Ach tak! Rosalie Gonzalez, pokój 303. Musisz wejść na oddział onkologiczny i są to tzecie drzwi po lewej stronie. Tylko nie siedź tam za długo, właśnie wróciła z badań. Na pewno jest zmęczona.
  • Onkologiczny? - Zapytał – Nieważne! Dziękuję pani, naprawdę. Bardzo pani dziękuję! - powiedział Jake pobiegł szukać wspomnianego pokoju
  • Nie ma za co! - krzyknęła jeszcze za chłopakiem recepcjonistka i zaśmiała się do siebie.
Jakob przeszedł przez oszklone drzwi na oddział onkologii dziecięcej mijając przed tym dziesiątki czarnych drzwi z białymi tabliczkami, na których napisany był numer pokoju. W końcu znalazł! Pokój 303 był zamknięty. Jake chwycił za białą srebrną gałkę, ostrożnie przekręcił i powoli otwierał drzwi. Z niewielkiej szczeliny błysnęła ogromna ilość światła, a Jakob usłyszał pikanie maszyny mierzącej częstotliwość bicia serca.

poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 4

Zaczynał się listopad, liście na drzewach nabierały ognistoczerwonego koloru i powoli opadały na wietrze. Dnie zdawały się być krótsze, a wieczory chłodniejsze. Jackobowi to nie przeszkadzało. Spotykali się z Rossie codziennie. Każdego dnia siadali na tej samej ławeczce wtuleni i rozmawiali. Gdy spędzał z nią czas jego serce biło szybciej. Wtedy tracił poczucie czasu, właściwie czuł jakby czas się wtedy zatrzymywał. Przy niej czuł się w pełni zdrowy, nic mu już nie dolegało. Był szczęśliwy. Kiedy obejmowała go ciepłym spojrzeniem zdawał sobie sprawę, że znaczy dla niego więcej niż inne dziewczyny. Kochał ją, mimo że uparcie odrzucał tę myśl tłumacząc, że to tylko chwilowe zauroczenie i że już niedługo to wszystko się skończy. Był zdecydowanym pesymistą.
Rosalie też się zmieniała. Niezbyt zauważalnie, powoli zmieniało się jej nastawienie do świata. Teraz była cichsza, bardziej uważała na to co mówi i jakim tonem to powie. Mimo że z jej twarzy nigdy nie schodził uśmiech to z dnia na dzień wyglądała na słabszą. Tłumaczyła to różnymi badaniami jakie profesorowie robią jej w klinice, jednak wyglądała na szczęśliwą dlatego Jackob nie przywiązywał do tego większej uwagi.
Któregoś z tych pięknych listopadowych dni Jake jak zwykle o czternastej przyszedł do parku i oczekiwał Rossie. Rozglądał się po nim i dokładnie obserwował każdy element, każdą gałązkę, a nawet każdy liść opadający na ziemię. Mijały kwadranse, a chłopak ciągle nie może dostrzec swojej pięknej blondynki. Nerwowo palił papierosy, jeden za drugim, by czas szybciej leciał. Dochodziła godzina szesnasta, zaczęło się ściemniać. Wstał i powolnym krokiem wrócił do szpitala. Kiedy w końcu usiadł na łóżku chwycił za telefon i zadzwonił do Rossie. Na próżno. Dziewczyna nie odebrała. Zadzwonił kolejny raz, następny i jeszcze jeden. Bez skutku. Jedyne co usłyszał w telefonie głuche sygnały, które kończyły się słowami „nagraj wiadomość”. Z początku to ignorował, jednak po czasie nie wytrzymał i nagrał krótką wiadomość – Hej... Rossie, to ja, Jake. Umm.. Co się z tobą dzieje? Nie było Cię w parku... Martwię się. Oddzwoń jak tylko będziesz mogła.
Siedział jeszcze godzinę w milczeniu na łóżku potem poszedł pod prysznic i przygotował się do snu. Położył się w białej pościeli, zgasił światło i zamknął oczy. Ciągle myślał o Rosalie. Przewracał się z boku na bok w poszukiwaniu najwygodniejszej pozycji, na próżno. Myśli nie dawały mu spokoju. Tej nocy nie spał.
O świcie wstał razem z gołębiami, które stukały w okno obok jego łóżka. Poczęstował jednego z nich niedojedzonym krakersem z wczoraj i poszedł do łazienki by się umyć. W międzyczasie sprawdził telefon w nadziei, że dziewczyna odsłuchała wiadomość i próbowała się z nim skontaktować. Niestety, telefon wciąż milczał, a z Rossie ciągle nie było kontaktu. Włożył go do kieszeni i udał się na badania jakie zalecili mu lekarze.
Jake doczekał godziny czternastej i jak zwykle udał się na ławeczkę w parku. Czekał póki niebo całkiem nie pociemniało, a dziewczyna ciągle nie pojawiała się, a jego telefon wciąż pozostawał głuchym. Sytuacja powtarzała się przez siedem kolejnych dni, a chłopak z dnia na dzień co raz bardziej się martwił i tracił nadzieję, że przyjdzie.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rozdział 3

Jake przeczytał kilka stron książki zanim zegar miejski wybił czternastą. Wtedy chłopak zaczął niecierpliwie rozglądać się po parku w poszukiwaniu Rosalie. Oglądał dokładnie każdy element w okolicy by na pewno niczego nie przegapić. Nagle w oddali pojawiła się znajoma osoba, która pośpiesznie kroczyła w głąb parku. To była Rosie! Miała na sobie białą koronkową sukienkę przed kolano, brązowe rajstopy, rude botki i lekką skórzaną kurteczkę w tym samym kolorze. Włosy miała skręcone w luźne loki, które jak poprzednio układały się na piersiach, a usta podkreślone były intensywnie czerwoną szminką. Jake nieświadomie uśmiechał się do wyłaniającej się z oddali postaci, nie mógł oderwać od niej wzroku. Dziewczyna z każdym krokiem przybliżała się do niego dzięki czemu mógł zauważyć delikatny uśmiech. Ten sam, który zdobił jej twarz, kiedy spotkali się po raz pierwszy.
Kiedy podeszła Jackob wstał i przywitał się z Rosalie lekkim buziakiem w policzek znacznie się przy tym nachylając. Usiedli razem na ławce. Dziewczyna założyła nogę na nogę i spojrzała na chłopaka z nieprzerwanym uśmiechem. Milczeli chwilę wpatrując się w sobie w oczy. Cieszę się, że cię widzę. Nie mogłam się doczekać naszego spotkania – powiedziała w końcu dziewczyna.
-Naprawdę? Siedzę tu ponad pół godziny i ciągle Ciebie wypatrywałem – odpowiedział Jake poważnym tonem,
-Przepraszam cię najmocniej. Musieliśmy załatwić jakieś formalności w klinice, myślałam, że zajmie mi to mniej czasu. Wybacz mi.
-Nic nie szkodzi, to nie twoja wina. - zawahał się na chwilę - Pięknie dziś wyglądasz. - stwierdził spoglądając ukradkiem w jej brązowe oczy.
-Dziękuję. - dziewczyna zawstydziła się i spuściła wzrok na chwilę, po czym odzyskała śmiałość i z podniesioną głową rzekła – Ty też wyglądasz niczego sobie!
-Dzięki, dzięki. - zaśmiał się – To jakie mamy na dziś plany?
-Pomyślałam, że może przeszlibyśmy się po parku posłuchali śpiewu ptaków no i opowiedziałbyś mi coś o sobie. Może być?
-Tylko pod jednym warunkiem! - powiedział stanowczo
-Jakim?
-Ty opowiesz mi też coś o sobie.
-Haha – zaśmiała się – No dobrze, zgadzam się.
Jake wstał i podał rękę dziewczynie, by pomóc jej wstać, natomiast w drugą rękę chwycił książkę. Rosie położyła swoją miękką dłoń na dłoni Jackoba, ku jego zdziwieniu dziewczyna nie przerwała uścisku, dlatego para ruszyła dalej trzymając się za ręce.
Przeszli kilka kroków aż dziewczyna zaczęła – A więc Jake, lubisz czytać, mam rację?
-Tak, to znaczy... Nie. Właściwie sam nie wiem. - odpowiedział trochę zmieszany chłopak
-Jak to?
-Wiesz, bo to jest tak, że podobają mi się historie w tych powieściach, ale ja właściwie czytam tylko dla zabicia czasu.
-Rozumiem, ja sama też nie za wiele czytam, ale... Na pewno masz jakiegoś ulubionego autora, prawda?
-Uwielbiam książki Nicholasa Sparksa, są prawdziwe i tak dobrze napisane.
-Hmm.. Nie znam go niestety, ale jak tylko będę miała okazję na pewno coś przeczytam!
-Jeśli chcesz mógłbym Ci pożyczyć jakąś. Może „Jesienną miłość”?
-Brzmi nieźle! Przynieś mi ją jak będziesz miał czas.
-Chętnie!
-A... powiesz mi gdzie mieszkasz?
-Mieszkam tam, naprzeciwko – wskazał ręką na stare kamienice – Widzisz?
-Blisko! Pewnie co chwilę ktoś cię odwiedza.
-Niezupełnie. Tylko mama, co drugi dzień.
Szli jeszcze kawałek kiedy zdecydowali się usiąść na trawniku obok dębu, opierając się o jego korę. Liście starego drzewa były już w odcieniach złota i czerwieni, a co po chwila kilka z nich płynnie opadało na ziemię. Usiedli bardzo blisko siebie i wciąż trzymali się za ręce. Obserwowali bezchmurne niebo i rozmawiali o ćwierkających ptakach i o jesiennej pogodzie. Właściwe była to rozmowa o wszystkim i o niczym. -Czekaj! Miałaś mi opowiedzieć o sobie – przerwał Jackob
-Ano tak! To co chcesz wiedzieć? - Powiedziała Rosie i uśmiechnęła się szeroko
-Najlepiej wszystko! - zaśmiał się chłopak
-No więc... Jestem Rosie i mam piętnaście lat. Jestem jedynaczką. Nie mam zbyt wielu znajomych, bo uczę się w domu. Na co dzień mieszkam z rodzicami na Worldstreet, dwie ulice stąd. Nie mam hobby ani zwierząt, a większość czasu spędzam w internecie. No i wczoraj miałam urodziny.
-Haha – zaśmiał się – Naprawdę wczoraj?
-No tak, dlaczego pytasz?
-Wczoraj ja miałem swoje siedemnaste urodziny.
-Haha, tak więc to musiało być przeznaczenie!
Chciał odpowiedzieć, ale gdy spojrzał na Rosie nagle poczuł ścisk w gardle, przez który nie wykrztusił słowa. Nie mógł oderwać wzroku od jej oczu i ust, które były lekko rozchylone. Patrzył na nią z pożądaniem. Pragnął jej ust, jej ciała, pragnął jej serca i miłości. Siedzieli w milczeniu, a z sekundy na sekundę ich twarze leniwie przybliżały się do siebie. Jackob ręką odgarnął jej włosy do tyłu i wplótł w nie swoje palce. Dzieliły ich od siebie minimetry, chłopak czuł jej ciepły oddech na sobie i kwiatowy zapach jej perfum. Ustami lekko dotknął górnej wargi dziewczyny. Potem delikatnie całował kąciki ust Rosie, a gdy je rozchyliła przesunął powoli czubkiem języka po jej wilgotnym języku. Pocałunek trwał jeszcze kilka chwil, potem Jake objął Rosie i para siedziała tak ciągle rozmawiając. Około godziny osiemnastej pożegnali się pocałunkiem i rozeszli.
Kiedy Jackob wracał do szpitala jego serce miało ochotę wyskoczyć z klatki piersiowej. Po drodze spalił jeszcze jednego papierosa na uspokojenie i ciągle wspominając uśmiechniętą Rosie trafił do szpitalnego łóżka. Jak zwykle wziął prysznic, leki i położył się pod białą pierzyną. Tym razem bez problemu zasnął.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 2

Jackob wrócił do szpitala później niż zazwyczaj. Było już piętnaście po ósmej. Wziął prysznic, połknął wieczorną dawkę leków i położył się w szpitalnym łóżku. Zamknął oczy, chciał spać, ale nie potrafił. Ciągle myślał o pięknej Rosie, o jej czerwonych ustach, z których nie schodził uśmiech. Wspominał jak chichotała, jak delikatna dłoń dziewczyny dotykała jego dłoni. Na samą myśl ślicznej blondynce czuł jak jego brzuch wypełnia się setkami motyli, które skrzydełkami łaskoczą uszkodzone po wypadku narządy. Nie znał tego uczucia. Nie wiedział co się z nim dzieje. Przewracał się z boku na bok, sprawdzał zegarek, aż w końcu po kilku godzinach zasnął.
Gdy się obudził po raz pierwszy nie czuł lęku, po raz pierwszy czuł się wyspanym. Nie pamiętał co mu się śniło, ale obudził się z lekkim uśmiechem na twarzy o wpół do jedenastej. Właściwie obudziły go krzyki bliźniąt, które po raz pierwszy go nie irytowały. Chłopak wstał i poszedł do łazienki. Umył dokładnie zęby, po czym wyciągnął piankę i maszynkę do golenia. Wysmarował twarz preparatem i pozbył się dwudniowego zarostu. Kiedy skończył wskoczył pod prysznic i starannie umył każdą część ciała. Po piętnastu minutach wyłączył wodę i owinął się w ręcznik. Przejrzał się, złapał za suszarkę i wysuszył gęste włosy. Ubrał świeże bokserki, koszulkę i swoje ulubione luźne w kroku dresy. Wyszedł z łazienki, chwycił za tabletki i śniadanie, które przygotowała mu pielęgniarka kiedy spał. Połknął leki popijając wodą i zaczął jeść kanapki.
Jackob co chwilę spoglądał na zegarek i oczekiwał czternastej. Godziny dłużyły mu się nie miłosierne. Nie potrafił skupić się na lekturze, ciągle wychodził przejść się po oddziale, by czas mijał mu szybciej. Na marne. Minuta wciąż była minutą, która w jego oczach trwała wieczność.
W końcu jest! Trzynasta trzydzieści. Jake zabrał szybko książkę, papierosy i pośpiesznym krokiem ruszył w stronę parku. Kiedy dotarł usiadł dokładnie na tej samej ławce co poprzedniego dnia. Rozejrzał się, Rosie jeszcze nie było. Nic dziwnego – pomyślał, przecież był dwadzieścia minut przed czasem.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 1

W szpitalu św. Tomasza w Londynie od trzech tygodni leży niespełna siedemnastoletni Jackob Sullivan. Jest to wysoki i szczupły brunet o kruczoczarnych oczach pasujących do jego ciemnej karnacji. Gęste włosy z grzywką, która zakrywała jego czoło podkreślały charakterystyczny owalny kształt jego twarzy. Chłopak trafił tam z licznymi obrażeniami powstałymi w wypadku, którego był uczestnikiem. Nikt nie wiedział co się wtedy wydarzyło. Liczne rozmowy z psychologami nie pomogły lekarzom i policji odkryć przyczyny wypadku. Co się wtedy wydarzyło wiedział tylko Jake i chłopak wyraźnie nie chciał tego zmieniać. Był małomówny, zamknięty w sobie, nigdy nie miał prawdziwych przyjaciół, dlatego w szpitalu co drugi dzień odwiedzała go tylko schorowana już matka. Jackob nie był jej biologicznym synem, mimo to kochała go jak rodzonego. Nie rozmawiał z nią za dużo, wolał czytać książki Nicholasa Sparksa. Uwielbiał je, jednak nie wzbudzały w nim żadnych emocji. Uważał je po prostu za wspaniałe dzieło literackie, nigdy nie utożsamiał się z żadnym z bohaterów. Czytał by zabić czas, tylko dlatego. Chciał uciec ze szpitala, nie podobało mu się tam. Uważał, że lepiej byłoby gdyby leczył się w domu, ponieważ miałby swojego laptopa i dostęp do internetu. Jednak lekarze z uwagi na ostre złamanie w lewej ręce i liczne uszkodzenia narządów wewnętrznych stanowczo tego zabraniali.
Dzielił pokój z dwoma chłopcami, Harrym i Justinem. Byli to dwunastoletni bracia Smith, którzy okazali się być ofiarami przemocy domowej. Mięli połamane żebra i liczne siniaki na całym ciele. Jake nigdy nie zamienił z nimi żadnego słowa. Właściwie z nikim nie rozmawiał. Czasem tylko odpowiedział lekarzowi na pytanie, albo poprosił siostrę o zmianę opatrunków. Pozornie nie sprawiał żadnych problemów personelowi. Jednak każdego popołudnia zakładał niebieski szlafrok i wychodził ze szpitala z książką i paczką papierosów, które w sekrecie przynosiła mu matka. Szedł zazwyczaj do pobliskiego parku, którego część była pod nadzorem szpitala. Siadał na najbliższej wolnej ławce, odpalał papierosa, otwierał książkę i pogrążał się w lekturze. Wtedy czuł się wolnym. Nie było nad nim pielęgniarek, które co po chwila pytają go czy wszystko w porządku, nie było uporczywego dźwięku aparatury medycznej, jedyne co w tej chwili słyszał to ciche rozmowy ludzi oraz radosne ćwierkanie wróbli.
Gdy wracał do szpitala czuł się jak w klatce, brał szybki prysznic, który zazwyczaj bardzo go męczył i kładł się spać. Nie obchodziła go wczesna pora. Wolał spać niż być więzionym w czterech ścianach z nadpobudliwymi bliźniakami. Każdej nocy budził się zalany potem z znacznie przyśpieszonym oddechem. Śnił mu się wypadek, przebłyski wspomnień przerażały go tak bardzo, że w ciszy siadał na łóżku i oczekiwał ósmej rana, kiedy to personel przynosił poranne leki oraz posiłek.
Dwudziestego drugiego dnia jego pobytu na terenie szpitala św. Tomasza, czyli dziesiątego października wypadły jego siedemnaste urodziny. Nikt nie zadzwonił by złożyć mu życzenia i jak zwykle nikt poza matką nie przyszedł go odwiedzić. Nie cieszył się ze swojego święta. Czuł jak z każdym miesiącem zbliża się do śmierci. Wiedział jaka jest kolej rzeczy i wiedział, że ledwie uszedł z życiem. Nie cieszyło go to. Wolałby umrzeć, o czym przypominały mu jego blizny na nadgarstkach, które powstały kilka miesięcy temu, kiedy popadł w depresje i próbował odebrać sobie życie.
Około godziny dziesiątej przyszła do niego matka, która w prezencie podarowała mu nowiutką książkę Sparksa i paczkę papierosów. Tym razem były to zielone L&M'y. Pierwszy raz naprawdę się ucieszył. Wiedział, że w domu się nie przelewa, a mimo wszystko mama kupiła mu książkę. Kochał ją bardzo, jednak nie umiał tego okazywać. Ucałował lekko jej policzek i mocno ją przytulił. Widział jak jej oczy stają się szkliste od łez, a jej wąskie usta układają się w ciepły uśmiech. Kiedy wyszła złapał za nową książkę i jak zwykle udał się do parku.
Usiadł na ostatniej wolnej ławce i odpalił papierosa. Sięgnął książkę, tym razem był to „Pamiętnik”. Przyglądał się okładce, na której znajdowała się zmoczona od deszczu para w średnim wieku. Uważnie oglądał każdy szczegół. Widział jak przepełnia ich pożądanie i namiętność. Wyobrażał sobie co czują gdy siebie widzą. W głębi duszy chciałby kiedyś znaleźć osobę, na którą mógłby patrzeć tak, jak ci dwoje patrzą na siebie. Poczuł nagle coś jakby kłucie w sercu. Nigdy wcześniej się tak nie czuł. Momentalnie posmutniał. Dopalił papierosa zaciągając się jeszcze kilka razy, wyrzucił resztę i otworzył książkę. Pominął wstęp i od razu wziął się za pierwszy rozdział. Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? - nagle przerwał mu wesoły głos pięknej długowłosej blondynki. Była uśmiechnięta, a ręką wskazywała na pustą część ławki. Nie była wysoka, ani bardzo szczupła. Na oko miała jakieś piętnaście lat. Jackob spojrzał na nią bez emocji.
-Tak, tak. Proszę. - odpowiedział.
-Dziękuję! Bardzo ciężko dziś o miejsce. - odpowiadała wciąż radosna nieznajoma.
-To prawda. - Jake wrócił wzrokiem do książki.
Nie chciał rozmawiać, przeciwnie. Marzył o tym by zostać samemu, jak przed chwilą.
Chłopak znów pogrążył się w lekturze, która nadzwyczajnie go wciągnęła. Przewijał kartka po kartce, a nim się obejrzał był już na dwudziestej stronie. -Ojej! Gdzie moje maniery? Nawet się nie przedstawiłam! Jestem Rosalie, możesz mówić mi Rosie, albo jak ci wygodnie. Miło mi Cię poznać! - Po raz kolejny przerwała mu dziewczyna z uśmiechem na twarzy. Wyciągnęła prawą rękę w kierunku Jackoba. Chłopak wyraźnie nie był zadowolony jednakże uścisnął miękką dłoń nowo poznanej dziewczyny.
-Jestem Jake, mnie również miło. - odparł od niechcenia.
-Jake? Jackob? Jejku, ślicznie! Bardzo podoba mi się to imię.
-Tak, Jackob. - leniwie odpowiadał.
-Piękne! A więc skąd jesteś Jake? Jak się tu znalazłeś?
-Jestem z Polski, moja mama mnie adoptowała kiedy miałem trzy lata, rok później przenieśliśmy się tutaj.
-Haha, wiesz... Nie do końca o to pytałam. - zaśmiała się dziewczyna – Ale z Polski powiadasz? Mogę ci mówić Kuba? Mój wujek był Polakiem, tak właśnie na niego mówiłam.
-Tak, mama czasem też mnie tak nazywa. - zamilkł na chwilę - Ale... to o co ci chodziło?
-Pytałam o to jak się znalazłeś w tym parku i to w szlafroku! - uśmiechnęła się serdecznie
-Miałem wypadek na skuterze, jestem ze szpitala.
-Naprawdę? - dziewczyna zbladła – Jak to się stało?! Biedny!
-Nie chcę o tym mówić. - spuścił wzrok.
-Rozumiem. Nie przejmuj się, wydajesz się być zdrowym. Wszystko będzie dobrze. - dziewczyna położyła rękę na jego dłoni i delikatnie pomasowała ją kciukiem.
-Ech. – westchnął Kuba.
Zabolało go to pytanie jednak nie chciał okazać dziewczynie słabości. Szybko podniósł wzrok. Wtedy pierwszy raz spojrzał w jej duże brązowe oczy. Było w nich coś co sprawiło, że poczuł się lepiej. Dopiero teraz zobaczył jaka jest piękna. Przyjrzał się jej twarzy i delikatnym blond falą opadającym na jej biust. Zrobiło mu się cieplej, nie mógł oderwać wzroku od jej oczu i ust, kształtnych i uśmiechniętych, pomalowanych czerwoną szminką.
Przyglądał się jeszcze trochę, gdy nagle zorientował się, że ta chwila trwa za długo. Szybko ogarnął się w myślach, uśmiechnął do Rosie i powiedział:
-A ty? Co tutaj robisz?
-Wiesz... - dziewczyna speszyła się na chwilę, zamilkła po czym znów odzyskała uśmiech na twarzy i powiedziała - Mam małe problemy z kręgosłupem i przez kilka najbliższych dni będę leżeć w klinice obok szpitala. Dziś przyszłam poznać okolicę.
-Rozumiem. - odparł Kuba ciągle wpatrując się w jej oczy, które błyszczały złotym odcieniem w jesiennym słońcu.
-Muszę iść. Możemy spotkać się tu jutro? O czternastej? - powiedziała radosna Rosie.
-Jasne, bardzo chętnie!
-To do zobaczenia jutro Jake. Miłego wieczoru. - dziewczyna wstała ucałowała prawy polik Jackoba zostawiając na nim czerwony ślad szminki i szybkim krokiem odeszła w stronę wyjścia.
-Do jutra! - rzucił jeszcze Jake, po czym wyciągnął papierosa z paczki i zapalił. To niewiarygodne. Wciąż o niej myślał.