Jakob nie spał już szóstą noc z rzędu. Czuł, że jest na
pograniczu swojej wytrzymałości. Zasnąć nie pozwalała mu pustka
w sercu, którą od jakiegoś czasu wypełniała mu Rossie. Ciągle
myślał dlaczego dziewczyna zniknęła, dlaczego zostawiła go
samego. Wymyślał niestworzone historie o tym jak to porwali ją
kosmici, albo jak w wyniku upadku straciła pamięć. Jakob
dopuszczał jeszcze trzecią opcję, znudził dziewczynę, a ta nie
wiedziała jak to powiedzieć dlatego unikała go w każdy możliwy
sposób. Tłumaczył to sobie choć tak naprawdę nie wiedział
dlaczego. Nie wiedział co czuł do Rossie i właściwie nie zdawał
sobie sprawy z tego jak jest dla niego ważna.
Kiedy wieża zegarowa wybiła trzecią w nocy nagle go olśniło.
Przypomniało mu się jak dziewczyna opowiadała o tym jak znalazła
się w parku pierwszego dnia. Przypomniało mu się, że jego Rossie
leżała w klinice koło szpitala. Wtedy to wpadł na pomysł żeby
ją odwiedzić.
Kiedy tylko zaczęło świtać i Jake jak zwykle wziął szybki
prysznic i popił poranną dawkę leków szklanką wody, ubrał się
i poszedł do pokoju zabiegowego. Upewnił się, że nie ma
zaplanowanych badań na dzisiejszy dzień i wyszedł z budynku.
Poszedł do parku, jak zwykle, jednym tchem spalił papierosa,
ostatniego jakiego wczoraj przyniosła mu mama i starał się przejść
niezauważonym do kliniki po drugiej stronie parku, naprzeciw
ewakuacyjnego wyjścia ze szpitala.
Otworzył drzwi i oślepiło go białe światło odbijające się od
białej podłogi w holu. Chłopak rozejrzał się trochę wokół
siebie. Podłoga była śnieżno biała i lśniąca, można by rzec,
że godzinami polerowana. Ściany były w rożnych odcieniach
szarości, a gdzie nie gdzie były ustawione fikusy w czarnych
matowych donicach. Odnalazł recepcję i trochę niepewnym krokiem
podszedł do sterylnie czystego blatu z czarnego marmuru. W pół
drogi zawahał się jeszcze na chwilę, zatrzymał się i wziął
głęboki oddech zamykając przy tym oczy. Po chwili ruszył jednak w
stronę recepcji.
Zza lady wyłoniła mu się filigranowa postać recepcjonistki. Była
to młoda uśmiechnięta brunetka o klasycznych rysach twarzy i
niebieskich oczach. Oparł ramię o kant blatu, a wtedy kobieta
zapytała - W czym mogę Ci pomóc?
- Ja... Ja... Ja szukam Rossie - powiedział nieśmiało chłopak.
- Przepraszam, kogo? - odrzekła trochę zdziwiona pracownica
- Rossie, to znaczy Rosalie. Cholera! Nie pamiętam jej nazwiska. To taka niska blondynka. Mówiła mi, że się tutaj leczy, czy... Czy ja mogę się z nią zobaczyć?
- Rossie, Rossie... Zaczekaj – kobieta wyjęła szary segregator i zaczęła przerzucać kartki – Ach tak! Rosalie Gonzalez, pokój 303. Musisz wejść na oddział onkologiczny i są to tzecie drzwi po lewej stronie. Tylko nie siedź tam za długo, właśnie wróciła z badań. Na pewno jest zmęczona.
- Onkologiczny? - Zapytał – Nieważne! Dziękuję pani, naprawdę. Bardzo pani dziękuję! - powiedział Jake pobiegł szukać wspomnianego pokoju
- Nie ma za co! - krzyknęła jeszcze za chłopakiem recepcjonistka i zaśmiała się do siebie.
Jakob przeszedł przez oszklone drzwi na oddział onkologii
dziecięcej mijając przed tym dziesiątki czarnych drzwi z białymi
tabliczkami, na których napisany był numer pokoju. W końcu
znalazł! Pokój 303 był zamknięty. Jake chwycił za białą
srebrną gałkę, ostrożnie przekręcił i powoli otwierał drzwi. Z
niewielkiej szczeliny błysnęła ogromna ilość światła, a Jakob
usłyszał pikanie maszyny mierzącej częstotliwość bicia serca.