niedziela, 20 października 2013

Rozdział 5

Jakob nie spał już szóstą noc z rzędu. Czuł, że jest na pograniczu swojej wytrzymałości. Zasnąć nie pozwalała mu pustka w sercu, którą od jakiegoś czasu wypełniała mu Rossie. Ciągle myślał dlaczego dziewczyna zniknęła, dlaczego zostawiła go samego. Wymyślał niestworzone historie o tym jak to porwali ją kosmici, albo jak w wyniku upadku straciła pamięć. Jakob dopuszczał jeszcze trzecią opcję, znudził dziewczynę, a ta nie wiedziała jak to powiedzieć dlatego unikała go w każdy możliwy sposób. Tłumaczył to sobie choć tak naprawdę nie wiedział dlaczego. Nie wiedział co czuł do Rossie i właściwie nie zdawał sobie sprawy z tego jak jest dla niego ważna.
Kiedy wieża zegarowa wybiła trzecią w nocy nagle go olśniło. Przypomniało mu się jak dziewczyna opowiadała o tym jak znalazła się w parku pierwszego dnia. Przypomniało mu się, że jego Rossie leżała w klinice koło szpitala. Wtedy to wpadł na pomysł żeby ją odwiedzić.
Kiedy tylko zaczęło świtać i Jake jak zwykle wziął szybki prysznic i popił poranną dawkę leków szklanką wody, ubrał się i poszedł do pokoju zabiegowego. Upewnił się, że nie ma zaplanowanych badań na dzisiejszy dzień i wyszedł z budynku. Poszedł do parku, jak zwykle, jednym tchem spalił papierosa, ostatniego jakiego wczoraj przyniosła mu mama i starał się przejść niezauważonym do kliniki po drugiej stronie parku, naprzeciw ewakuacyjnego wyjścia ze szpitala.
Otworzył drzwi i oślepiło go białe światło odbijające się od białej podłogi w holu. Chłopak rozejrzał się trochę wokół siebie. Podłoga była śnieżno biała i lśniąca, można by rzec, że godzinami polerowana. Ściany były w rożnych odcieniach szarości, a gdzie nie gdzie były ustawione fikusy w czarnych matowych donicach. Odnalazł recepcję i trochę niepewnym krokiem podszedł do sterylnie czystego blatu z czarnego marmuru. W pół drogi zawahał się jeszcze na chwilę, zatrzymał się i wziął głęboki oddech zamykając przy tym oczy. Po chwili ruszył jednak w stronę recepcji.
Zza lady wyłoniła mu się filigranowa postać recepcjonistki. Była to młoda uśmiechnięta brunetka o klasycznych rysach twarzy i niebieskich oczach. Oparł ramię o kant blatu, a wtedy kobieta zapytała - W czym mogę Ci pomóc?
  • Ja... Ja... Ja szukam Rossie - powiedział nieśmiało chłopak.
  • Przepraszam, kogo? - odrzekła trochę zdziwiona pracownica
  • Rossie, to znaczy Rosalie. Cholera! Nie pamiętam jej nazwiska. To taka niska blondynka. Mówiła mi, że się tutaj leczy, czy... Czy ja mogę się z nią zobaczyć?
  • Rossie, Rossie... Zaczekaj – kobieta wyjęła szary segregator i zaczęła przerzucać kartki – Ach tak! Rosalie Gonzalez, pokój 303. Musisz wejść na oddział onkologiczny i są to tzecie drzwi po lewej stronie. Tylko nie siedź tam za długo, właśnie wróciła z badań. Na pewno jest zmęczona.
  • Onkologiczny? - Zapytał – Nieważne! Dziękuję pani, naprawdę. Bardzo pani dziękuję! - powiedział Jake pobiegł szukać wspomnianego pokoju
  • Nie ma za co! - krzyknęła jeszcze za chłopakiem recepcjonistka i zaśmiała się do siebie.
Jakob przeszedł przez oszklone drzwi na oddział onkologii dziecięcej mijając przed tym dziesiątki czarnych drzwi z białymi tabliczkami, na których napisany był numer pokoju. W końcu znalazł! Pokój 303 był zamknięty. Jake chwycił za białą srebrną gałkę, ostrożnie przekręcił i powoli otwierał drzwi. Z niewielkiej szczeliny błysnęła ogromna ilość światła, a Jakob usłyszał pikanie maszyny mierzącej częstotliwość bicia serca.

poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 4

Zaczynał się listopad, liście na drzewach nabierały ognistoczerwonego koloru i powoli opadały na wietrze. Dnie zdawały się być krótsze, a wieczory chłodniejsze. Jackobowi to nie przeszkadzało. Spotykali się z Rossie codziennie. Każdego dnia siadali na tej samej ławeczce wtuleni i rozmawiali. Gdy spędzał z nią czas jego serce biło szybciej. Wtedy tracił poczucie czasu, właściwie czuł jakby czas się wtedy zatrzymywał. Przy niej czuł się w pełni zdrowy, nic mu już nie dolegało. Był szczęśliwy. Kiedy obejmowała go ciepłym spojrzeniem zdawał sobie sprawę, że znaczy dla niego więcej niż inne dziewczyny. Kochał ją, mimo że uparcie odrzucał tę myśl tłumacząc, że to tylko chwilowe zauroczenie i że już niedługo to wszystko się skończy. Był zdecydowanym pesymistą.
Rosalie też się zmieniała. Niezbyt zauważalnie, powoli zmieniało się jej nastawienie do świata. Teraz była cichsza, bardziej uważała na to co mówi i jakim tonem to powie. Mimo że z jej twarzy nigdy nie schodził uśmiech to z dnia na dzień wyglądała na słabszą. Tłumaczyła to różnymi badaniami jakie profesorowie robią jej w klinice, jednak wyglądała na szczęśliwą dlatego Jackob nie przywiązywał do tego większej uwagi.
Któregoś z tych pięknych listopadowych dni Jake jak zwykle o czternastej przyszedł do parku i oczekiwał Rossie. Rozglądał się po nim i dokładnie obserwował każdy element, każdą gałązkę, a nawet każdy liść opadający na ziemię. Mijały kwadranse, a chłopak ciągle nie może dostrzec swojej pięknej blondynki. Nerwowo palił papierosy, jeden za drugim, by czas szybciej leciał. Dochodziła godzina szesnasta, zaczęło się ściemniać. Wstał i powolnym krokiem wrócił do szpitala. Kiedy w końcu usiadł na łóżku chwycił za telefon i zadzwonił do Rossie. Na próżno. Dziewczyna nie odebrała. Zadzwonił kolejny raz, następny i jeszcze jeden. Bez skutku. Jedyne co usłyszał w telefonie głuche sygnały, które kończyły się słowami „nagraj wiadomość”. Z początku to ignorował, jednak po czasie nie wytrzymał i nagrał krótką wiadomość – Hej... Rossie, to ja, Jake. Umm.. Co się z tobą dzieje? Nie było Cię w parku... Martwię się. Oddzwoń jak tylko będziesz mogła.
Siedział jeszcze godzinę w milczeniu na łóżku potem poszedł pod prysznic i przygotował się do snu. Położył się w białej pościeli, zgasił światło i zamknął oczy. Ciągle myślał o Rosalie. Przewracał się z boku na bok w poszukiwaniu najwygodniejszej pozycji, na próżno. Myśli nie dawały mu spokoju. Tej nocy nie spał.
O świcie wstał razem z gołębiami, które stukały w okno obok jego łóżka. Poczęstował jednego z nich niedojedzonym krakersem z wczoraj i poszedł do łazienki by się umyć. W międzyczasie sprawdził telefon w nadziei, że dziewczyna odsłuchała wiadomość i próbowała się z nim skontaktować. Niestety, telefon wciąż milczał, a z Rossie ciągle nie było kontaktu. Włożył go do kieszeni i udał się na badania jakie zalecili mu lekarze.
Jake doczekał godziny czternastej i jak zwykle udał się na ławeczkę w parku. Czekał póki niebo całkiem nie pociemniało, a dziewczyna ciągle nie pojawiała się, a jego telefon wciąż pozostawał głuchym. Sytuacja powtarzała się przez siedem kolejnych dni, a chłopak z dnia na dzień co raz bardziej się martwił i tracił nadzieję, że przyjdzie.