sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział 6

Jackob, zanim zajrzał w głąb pokoju wziął kilka głębokich wdechów. Zamknął oczy, doliczył do dziesięciu i wciąż niespokojny otworzył szerzej drzwi i zrobił kilka kroków. Pokój był niewielki, na jego ścianach nie było żadnego obrazu, nawet plakatu. Ściany te przytłaczały swoją pustką i śnieżno białą bielą. Podłoga, tak jak i na korytarzu była wyłożona białą posadzką. Cały pokój sprawiał wrażenie sterylnie czystego. Na środku pokoju ustawione było puste łóżko, a w ogół niego różne aparatury medyczne. Przy łóżku stało krzesło, na którym teraz siedziała kobieta o kasztanowych włosach, głową oparta o łóżko, wyglądała na śpiącą. Podszedł do niej i delikatnie dotknął ramienia kobiety. Momentalnie odskoczyła i spojrzała na niego trochę wystraszona. Wtedy Jackob pierwszy raz zobaczył jej twarz. Nie wyglądała najlepiej. Nie miała na sobie makijażu, jej oczy były mocno podkrążone. Chłopak nigdy wcześniej jej nie widział, mimo to sprawiała wrażenie znajomej.
-Tak? O co chodzi? - spytała wreszcie kobieta ocierając łzę spływającą jej po lewym policzku.
-Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale w recepcji powiedziano mi, że znajdę tu Rosie – zapadła niezręczna cisza, której kobieta najwyraźniej nie chciała przerywać – to pewnie pomyłka. Przepraszam panią najmocniej – chłopak ruszył szybko do wyjścia.
-Nie, nie stój! - zawołała kobieta – to pokój Rosalie, jestem Linda, jej matką. W czymś mogę pomóc? - powiedziała ciut oschłym tonem
-Nazywam się Jackob Sullivan, poznałem Rosalie jakiś czas temu w parku, mówiła, że się tu leczy. Nie odzywała się od kilku dni, martwiłem się i postanowiłem przyjść.
-Ach tak! Córka mówiła mi o tobie! Ty jesteś tym sympatycznym chłopcem ze szpitala naprzeciwko, prawda? - westchnęła, po czym znów zaczęła nie dając mu odpowiedzieć – Rosie jest właśnie na chemii. Co prawda wróci trochę osłabiona, ale może chcesz zaczekać? Byłoby mi naprawdę bardzo miło. - Kobieta uśmiechnęła się i wysunęła spod łóżka drewniany taboret i wskazała na niego. Jake usiadł na nim bez słowa. Minęło kilka minut zanim wykrztusił coś z siebie.
-Jak to chemii? Chemioterapii tak? Dlaczego ona jest na chemioterapii, przecież jest zupełnie zdrowa! - spojrzał głęboko w oczy Lindy, szukał w nich odpowiedzi.
-To Ty nic nie wiesz? Rosalie ma białaczkę, myślałam, że ci mówiła.


Wtedy nagle wszystko dla niego nabrało sensu, wszystko stało się jasne. Słyszał, że kobieta mówi jeszcze coś do niego, wiedział, że była tym bardzo przejęta, ale nie słuchał. Powoli wstał, wtedy do jego oczu napłynęły łzy. Kiedy chwycił za gałkę odwrócił się jeszcze na chwilę w kierunku łóżka i rzucił słowem - przepraszam-, które z trudnością przeszło mu przez gardło. Wyszedł z pokoju, szedł stałym szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Łzy po jego polikach płynęły tak szybko, że jego koszulka niemal zupełnie zmokła. Nie przejmował się tym, nie ocierał już nawet twarzy. Po prostu szedł do drzwi. W jego głowie wciąż dźwięczały słowa Lindy - ma białaczkę - nie myślał o niczym innym, tylko o tych słowach. Wyszedł z kliniki nie zważając na ludzi, przez których się przepchnął. Zegar miejski właśnie wybił godzinę dziesiątą kiedy przechodził obok ławki. Tej ławki przy której zawsze wspólnie z Rosalie spędzali popołudnia. Wtedy poczuł gniew. Niesamowity gniew który przeszywał jego organizm. Dłonie zacisnęły się w pięści, nogi prowadziły go coraz szybciej, oddech przyspieszał i stawał się płytszy. Niesamowicie nabuzowany doszedł do frontowych drzwi szpitala św. Tomasza. Wtedy po raz pierwszy stanął, zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Nagle wszystko mu się zakręciło, nie wiedział co się z nim dzieje. Upadł.

1 komentarz:

  1. Ta dziewczyna w tle mnie trochą drażni, ale poza tym jest okej...
    Szkoda, że Rosalie jest chora...

    OdpowiedzUsuń