Zaczynał się listopad, liście na drzewach nabierały
ognistoczerwonego koloru i powoli opadały na wietrze. Dnie zdawały
się być krótsze, a wieczory chłodniejsze. Jackobowi to nie
przeszkadzało. Spotykali się z Rossie codziennie. Każdego dnia
siadali na tej samej ławeczce wtuleni i rozmawiali. Gdy spędzał z
nią czas jego serce biło szybciej. Wtedy tracił poczucie czasu,
właściwie czuł jakby czas się wtedy zatrzymywał. Przy niej czuł
się w pełni zdrowy, nic mu już nie dolegało. Był szczęśliwy.
Kiedy obejmowała go ciepłym spojrzeniem zdawał sobie sprawę, że
znaczy dla niego więcej niż inne dziewczyny. Kochał ją, mimo że
uparcie odrzucał tę myśl tłumacząc, że to tylko chwilowe
zauroczenie i że już niedługo to wszystko się skończy. Był
zdecydowanym pesymistą.
Rosalie też się zmieniała. Niezbyt zauważalnie, powoli zmieniało
się jej nastawienie do świata. Teraz była cichsza, bardziej
uważała na to co mówi i jakim tonem to powie. Mimo że z jej
twarzy nigdy nie schodził uśmiech to z dnia na dzień wyglądała
na słabszą. Tłumaczyła to różnymi badaniami jakie profesorowie
robią jej w klinice, jednak wyglądała na szczęśliwą dlatego
Jackob nie przywiązywał do tego większej uwagi.
Któregoś z tych pięknych listopadowych dni Jake jak zwykle o
czternastej przyszedł do parku i oczekiwał Rossie. Rozglądał się
po nim i dokładnie obserwował każdy element, każdą gałązkę, a
nawet każdy liść opadający na ziemię. Mijały kwadranse, a
chłopak ciągle nie może dostrzec swojej pięknej blondynki.
Nerwowo palił papierosy, jeden za drugim, by czas szybciej leciał.
Dochodziła godzina szesnasta, zaczęło się ściemniać. Wstał i
powolnym krokiem wrócił do szpitala. Kiedy w końcu usiadł na
łóżku chwycił za telefon i zadzwonił do Rossie. Na próżno.
Dziewczyna nie odebrała. Zadzwonił kolejny raz, następny i jeszcze
jeden. Bez skutku. Jedyne co usłyszał w telefonie głuche sygnały,
które kończyły się słowami „nagraj wiadomość”. Z początku
to ignorował, jednak po czasie nie wytrzymał i nagrał krótką
wiadomość – Hej... Rossie, to ja, Jake. Umm.. Co się z tobą
dzieje? Nie było Cię w parku... Martwię się. Oddzwoń jak tylko
będziesz mogła.
Siedział jeszcze godzinę w milczeniu na łóżku potem poszedł
pod prysznic i przygotował się do snu. Położył się w białej
pościeli, zgasił światło i zamknął oczy. Ciągle myślał o
Rosalie. Przewracał się z boku na bok w poszukiwaniu
najwygodniejszej pozycji, na próżno. Myśli nie dawały mu spokoju.
Tej nocy nie spał.
O świcie wstał razem z gołębiami, które stukały w okno obok
jego łóżka. Poczęstował jednego z nich niedojedzonym krakersem z
wczoraj i poszedł do łazienki by się umyć. W międzyczasie
sprawdził telefon w nadziei, że dziewczyna odsłuchała wiadomość
i próbowała się z nim skontaktować. Niestety, telefon wciąż
milczał, a z Rossie ciągle nie było kontaktu. Włożył go do
kieszeni i udał się na badania jakie zalecili mu lekarze.
Jake doczekał godziny czternastej i jak zwykle udał się na
ławeczkę w parku. Czekał póki niebo całkiem nie pociemniało, a
dziewczyna ciągle nie pojawiała się, a jego telefon wciąż
pozostawał głuchym. Sytuacja powtarzała się przez siedem
kolejnych dni, a chłopak z dnia na dzień co raz bardziej się
martwił i tracił nadzieję, że przyjdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz