niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 7

  Kiedy się obudził był już w swoim szpitalnym łóżku. W pokoju było jakoś tak dziwnie cicho. Nie było już Harrego i Justina skaczących po łóżkach i biegających po całym pokoju jak to na chłopców w ich wieku przystało. Właściwie nie było ich już od tygodnia, ale Jake jakoś wcześniej tego nie zauważył. Podobno chłopcy wraz z matką zostali przeniesieni do kliniki dla samotnych matek. Nie obchodziło go to za bardzo. Ciągle był zajęty zajęty myśleniem o Rosie, o tym dlaczego nie powiedziała mu o chorobie i dlaczego tak naprawdę nigdy nie pytał jej po co leży w klinice. Nie obwiniał jej, obwiniał siebie. Wściekał się na siebie, że nie wspierał jej w trudnych chwilach, że nie poszedł do kliniki wcześniej, że nie jest teraz z nią, że nie podtrzymuje jej na duchu delikatnie gładząc jej dłoń, całując jej policzki. Uważał, że powinien teraz siedzieć tam, w sali 303 razem z Lindą i czekać z uśmiechem na twarzy, aż Rosalie wróci z chemii. Znowu poczuł jak ogarnia go gniew, taki sam jak wtedy kiedy wracał z kliniki.
Leżał tak w bezruchu i myślał jeszcze przez kilka kwadransów, potem chwycił za telefon leżący na stoliku nocnym, żeby sprawdzić która godzina. Było już piętnaście po jedenastej. Od kiedy leżał w szpitalu nigdy nie spał tak długo. Nie lubił spać, przerażały go jego sny. Najczęściej śnił mu się wypadek, budził się wtedy w środku nocy, siadał na łóżku i nie spał do czasu, aż zaświeci słońce.
Po chwili chciał wstać żeby iść do toalety i wtedy złapał go przerażający ból przeszywający jego tył głowy i kark. Wtedy na salę weszła jedna z pielęgniarek, Jake nie widział jej tu chyba jeszcze, podejrzewał, że była nowa, albo może na stażu. Właściwie to nawet mu się podobała. Była młoda, ładna, taka filigranowa blondyneczka o lazurowych oczach, ale w jego odczuciu nie dorównywała urodą Rosie nawet w najmniejszym stopniu. Rosie była dla niego po prostu idealna. Kate, bo jak się potem dowiedział tak właśnie miała na imię ta pielęgniarka, kiedy zobaczyła chłopaka szybko zawołała:
-Nie, nie.. Leż! Połóż się, musisz leżeć!
-Co mi jest? Dlaczego tak cholernie boli? - zapytał chłopak krzywiąc się z bólu.
-Dwa dni temu zasłabłeś przed szpitalem, upadając uderzyłeś głową o krawężnik. Nic poważnego na szczęście ci się nie stało, to tylko drobne skaleczenie, ale powinieneś poleżeć do czasu, aż zejdzie Ci obrzęk.
Ta pielęgniarka powiedziała to jakoś tak miło, z uśmiechem, tak, że Jackob naprawdę chciał jej słuchać. Odwzajemnił jej uśmiech kiedy wychodziła i zakrył twarz dłonią. Nie mógł uwierzyć w swoje nieszczęście. Nie dość, że trafił tu po wypadku to jeszcze rozbił sobie głowę o pierwszy lepszy krawężnik, a do tego przespał dwa dni. To wszystko go tak rozbawiło, że parsknął śmiechem
i znowu przeszył go ten ból w czaszce.
Jackob leżał w łóżku jeszcze przez trzy dni, wstawał tylko do toalety. Oczywiście pomagała mu w tym śliczna pielęgniarka Kate. Zaprowadzała go do łazienki i czekała na niego aż wyjdzie, a wtedy odprowadzała do z powrotem do łóżka. Dużo rozmawiali, chociaż właściwie o niczym, bo o czym miałby rozmawiać ze szpitalną pielęgniarką? Gadali o pogodzie, o samopoczuciu, o szkole i pracy. Lubił te rozmowy, bo dzięki nim czas płynął mu szybciej. Jake dowiedział się od niej, że ma dwadzieścia lat, studiuje medycynę, a na razie pracuje jako pielęgniarka, żeby opłacić czesne. Nie opowiadał jej jednak dużo o sobie, nigdy nie wspomniał też o Rosalie.

Czwartego dnia Jake czuł się już zupełnie dobrze. Wstał rano bez pomocy, wziął porządny prysznic, połknął leki i wyciągnął z szafy najlepsze ubrania jakie tylko znalazł. Założył czarne rurki, bordowe vansy, szarą bluzę z kapturem, a w rękę chwycił kurtkę, bo na dworze było już coraz chłodniej. Poszedł szybko do Kate i powiedział – Idę do swojej przyjaciółki do kliniki obok, kryj mnie – puścił oczko i zaczął się śmiać. Kate zgodziła się i uśmiechnęła się szczerze do niego. Wtedy Jackob zbiegł szybko po schodach, wyszedł ze szpitala i ruszył w stronę kliniki nabuzowany pozytywną energią.  

sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział 6

Jackob, zanim zajrzał w głąb pokoju wziął kilka głębokich wdechów. Zamknął oczy, doliczył do dziesięciu i wciąż niespokojny otworzył szerzej drzwi i zrobił kilka kroków. Pokój był niewielki, na jego ścianach nie było żadnego obrazu, nawet plakatu. Ściany te przytłaczały swoją pustką i śnieżno białą bielą. Podłoga, tak jak i na korytarzu była wyłożona białą posadzką. Cały pokój sprawiał wrażenie sterylnie czystego. Na środku pokoju ustawione było puste łóżko, a w ogół niego różne aparatury medyczne. Przy łóżku stało krzesło, na którym teraz siedziała kobieta o kasztanowych włosach, głową oparta o łóżko, wyglądała na śpiącą. Podszedł do niej i delikatnie dotknął ramienia kobiety. Momentalnie odskoczyła i spojrzała na niego trochę wystraszona. Wtedy Jackob pierwszy raz zobaczył jej twarz. Nie wyglądała najlepiej. Nie miała na sobie makijażu, jej oczy były mocno podkrążone. Chłopak nigdy wcześniej jej nie widział, mimo to sprawiała wrażenie znajomej.
-Tak? O co chodzi? - spytała wreszcie kobieta ocierając łzę spływającą jej po lewym policzku.
-Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale w recepcji powiedziano mi, że znajdę tu Rosie – zapadła niezręczna cisza, której kobieta najwyraźniej nie chciała przerywać – to pewnie pomyłka. Przepraszam panią najmocniej – chłopak ruszył szybko do wyjścia.
-Nie, nie stój! - zawołała kobieta – to pokój Rosalie, jestem Linda, jej matką. W czymś mogę pomóc? - powiedziała ciut oschłym tonem
-Nazywam się Jackob Sullivan, poznałem Rosalie jakiś czas temu w parku, mówiła, że się tu leczy. Nie odzywała się od kilku dni, martwiłem się i postanowiłem przyjść.
-Ach tak! Córka mówiła mi o tobie! Ty jesteś tym sympatycznym chłopcem ze szpitala naprzeciwko, prawda? - westchnęła, po czym znów zaczęła nie dając mu odpowiedzieć – Rosie jest właśnie na chemii. Co prawda wróci trochę osłabiona, ale może chcesz zaczekać? Byłoby mi naprawdę bardzo miło. - Kobieta uśmiechnęła się i wysunęła spod łóżka drewniany taboret i wskazała na niego. Jake usiadł na nim bez słowa. Minęło kilka minut zanim wykrztusił coś z siebie.
-Jak to chemii? Chemioterapii tak? Dlaczego ona jest na chemioterapii, przecież jest zupełnie zdrowa! - spojrzał głęboko w oczy Lindy, szukał w nich odpowiedzi.
-To Ty nic nie wiesz? Rosalie ma białaczkę, myślałam, że ci mówiła.


Wtedy nagle wszystko dla niego nabrało sensu, wszystko stało się jasne. Słyszał, że kobieta mówi jeszcze coś do niego, wiedział, że była tym bardzo przejęta, ale nie słuchał. Powoli wstał, wtedy do jego oczu napłynęły łzy. Kiedy chwycił za gałkę odwrócił się jeszcze na chwilę w kierunku łóżka i rzucił słowem - przepraszam-, które z trudnością przeszło mu przez gardło. Wyszedł z pokoju, szedł stałym szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Łzy po jego polikach płynęły tak szybko, że jego koszulka niemal zupełnie zmokła. Nie przejmował się tym, nie ocierał już nawet twarzy. Po prostu szedł do drzwi. W jego głowie wciąż dźwięczały słowa Lindy - ma białaczkę - nie myślał o niczym innym, tylko o tych słowach. Wyszedł z kliniki nie zważając na ludzi, przez których się przepchnął. Zegar miejski właśnie wybił godzinę dziesiątą kiedy przechodził obok ławki. Tej ławki przy której zawsze wspólnie z Rosalie spędzali popołudnia. Wtedy poczuł gniew. Niesamowity gniew który przeszywał jego organizm. Dłonie zacisnęły się w pięści, nogi prowadziły go coraz szybciej, oddech przyspieszał i stawał się płytszy. Niesamowicie nabuzowany doszedł do frontowych drzwi szpitala św. Tomasza. Wtedy po raz pierwszy stanął, zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Nagle wszystko mu się zakręciło, nie wiedział co się z nim dzieje. Upadł.