Kiedy się obudził był już w swoim szpitalnym łóżku. W pokoju
było jakoś tak dziwnie cicho. Nie było już Harrego i Justina
skaczących po łóżkach i biegających po całym pokoju jak to na
chłopców w ich wieku przystało. Właściwie nie było ich już od
tygodnia, ale Jake jakoś wcześniej tego nie zauważył. Podobno
chłopcy wraz z matką zostali przeniesieni do kliniki dla samotnych
matek. Nie obchodziło go to za bardzo. Ciągle był zajęty zajęty
myśleniem o Rosie, o tym dlaczego nie powiedziała mu o chorobie i
dlaczego tak naprawdę nigdy nie pytał jej po co leży w klinice.
Nie obwiniał jej, obwiniał siebie. Wściekał się na siebie, że
nie wspierał jej w trudnych chwilach, że nie poszedł do kliniki
wcześniej, że nie jest teraz z nią, że nie podtrzymuje jej na
duchu delikatnie gładząc jej dłoń, całując jej policzki.
Uważał, że powinien teraz siedzieć tam, w sali 303 razem z Lindą
i czekać z uśmiechem na twarzy, aż Rosalie wróci z chemii. Znowu
poczuł jak ogarnia go gniew, taki sam jak wtedy kiedy wracał z
kliniki.
Leżał tak w bezruchu i myślał jeszcze przez kilka kwadransów,
potem chwycił za telefon leżący na stoliku nocnym, żeby sprawdzić
która godzina. Było już piętnaście po jedenastej. Od kiedy leżał
w szpitalu nigdy nie spał tak długo. Nie lubił spać, przerażały
go jego sny. Najczęściej śnił mu się wypadek, budził się wtedy
w środku nocy, siadał na łóżku i nie spał do czasu, aż
zaświeci słońce.
Po chwili chciał wstać żeby iść do toalety i wtedy złapał go
przerażający ból przeszywający jego tył głowy i kark. Wtedy na
salę weszła jedna z pielęgniarek, Jake nie widział jej tu chyba
jeszcze, podejrzewał, że była nowa, albo może na stażu.
Właściwie to nawet mu się podobała. Była młoda, ładna, taka
filigranowa blondyneczka o lazurowych oczach, ale w jego odczuciu nie
dorównywała urodą Rosie nawet w najmniejszym stopniu. Rosie była
dla niego po prostu idealna. Kate, bo jak się potem dowiedział tak
właśnie miała na imię ta pielęgniarka, kiedy zobaczyła chłopaka
szybko zawołała:
-Nie, nie.. Leż! Połóż się, musisz leżeć!
-Co mi jest? Dlaczego tak cholernie boli? - zapytał chłopak
krzywiąc się z bólu.
-Dwa dni temu zasłabłeś przed szpitalem, upadając uderzyłeś
głową o krawężnik. Nic poważnego na szczęście ci się nie
stało, to tylko drobne skaleczenie, ale powinieneś poleżeć do
czasu, aż zejdzie Ci obrzęk.
Ta pielęgniarka powiedziała to jakoś tak miło, z uśmiechem, tak,
że Jackob naprawdę chciał jej słuchać. Odwzajemnił jej uśmiech
kiedy wychodziła i zakrył twarz dłonią. Nie mógł uwierzyć w
swoje nieszczęście. Nie dość, że trafił tu po wypadku to
jeszcze rozbił sobie głowę o pierwszy lepszy krawężnik, a do
tego przespał dwa dni. To wszystko go tak rozbawiło, że parsknął
śmiechem
i znowu przeszył go ten ból w czaszce.
Jackob leżał w łóżku jeszcze przez trzy dni, wstawał tylko do
toalety. Oczywiście pomagała mu w tym śliczna pielęgniarka Kate.
Zaprowadzała go do łazienki i czekała na niego aż wyjdzie, a
wtedy odprowadzała do z powrotem do łóżka. Dużo rozmawiali,
chociaż właściwie o niczym, bo o czym miałby rozmawiać ze
szpitalną pielęgniarką? Gadali o pogodzie, o samopoczuciu, o
szkole i pracy. Lubił te rozmowy, bo dzięki nim czas płynął mu
szybciej. Jake dowiedział się od niej, że ma dwadzieścia lat,
studiuje medycynę, a na razie pracuje jako pielęgniarka, żeby
opłacić czesne. Nie opowiadał jej jednak dużo o sobie, nigdy nie
wspomniał też o Rosalie.
Czwartego dnia Jake czuł się już zupełnie dobrze. Wstał rano
bez pomocy, wziął porządny prysznic, połknął leki i wyciągnął
z szafy najlepsze ubrania jakie tylko znalazł. Założył czarne
rurki, bordowe vansy, szarą bluzę z kapturem, a w rękę chwycił
kurtkę, bo na dworze było już coraz chłodniej. Poszedł szybko do
Kate i powiedział – Idę do swojej przyjaciółki do kliniki obok,
kryj mnie – puścił oczko i zaczął się śmiać. Kate zgodziła
się i uśmiechnęła się szczerze do niego. Wtedy Jackob zbiegł
szybko po schodach, wyszedł ze szpitala i ruszył w stronę kliniki
nabuzowany pozytywną energią.