Jackob, zanim zajrzał w głąb pokoju wziął kilka głębokich
wdechów. Zamknął oczy, doliczył do dziesięciu i wciąż
niespokojny otworzył szerzej drzwi i zrobił kilka kroków. Pokój
był niewielki, na jego ścianach nie było żadnego obrazu, nawet
plakatu. Ściany te przytłaczały swoją pustką i śnieżno białą
bielą. Podłoga, tak jak i na korytarzu była wyłożona białą
posadzką. Cały pokój sprawiał wrażenie sterylnie czystego. Na
środku pokoju ustawione było puste łóżko, a w ogół niego różne
aparatury medyczne. Przy łóżku stało krzesło, na którym teraz
siedziała kobieta o kasztanowych włosach, głową oparta o łóżko,
wyglądała na śpiącą. Podszedł do niej i delikatnie dotknął
ramienia kobiety. Momentalnie odskoczyła i spojrzała na niego
trochę wystraszona. Wtedy Jackob pierwszy raz zobaczył jej twarz.
Nie wyglądała najlepiej. Nie miała na sobie makijażu, jej oczy
były mocno podkrążone. Chłopak nigdy wcześniej jej nie widział,
mimo to sprawiała wrażenie znajomej.
-Tak? O co chodzi? - spytała wreszcie kobieta ocierając łzę
spływającą jej po lewym policzku.
-Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale w recepcji powiedziano mi, że
znajdę tu Rosie – zapadła niezręczna cisza, której kobieta
najwyraźniej nie chciała przerywać – to pewnie pomyłka.
Przepraszam panią najmocniej – chłopak ruszył szybko do
wyjścia.
-Nie, nie stój! - zawołała kobieta – to pokój Rosalie, jestem
Linda, jej matką. W czymś mogę pomóc? - powiedziała ciut
oschłym tonem
-Nazywam się Jackob Sullivan, poznałem Rosalie jakiś czas temu w
parku, mówiła, że się tu leczy. Nie odzywała się od kilku dni,
martwiłem się i postanowiłem przyjść.
-Ach tak! Córka mówiła mi o tobie! Ty jesteś tym sympatycznym
chłopcem ze szpitala naprzeciwko, prawda? - westchnęła, po czym
znów zaczęła nie dając mu odpowiedzieć – Rosie jest właśnie
na chemii. Co prawda wróci trochę osłabiona, ale może chcesz
zaczekać? Byłoby mi naprawdę bardzo miło. - Kobieta uśmiechnęła
się i wysunęła spod łóżka drewniany taboret i wskazała na
niego. Jake usiadł na nim bez słowa. Minęło kilka minut zanim
wykrztusił coś z siebie.
-Jak to chemii? Chemioterapii tak? Dlaczego ona jest na
chemioterapii, przecież jest zupełnie zdrowa! - spojrzał głęboko
w oczy Lindy, szukał w nich odpowiedzi.
-To Ty nic nie wiesz? Rosalie ma białaczkę, myślałam, że ci
mówiła.
Wtedy nagle wszystko dla niego nabrało sensu, wszystko stało się
jasne. Słyszał, że kobieta mówi jeszcze coś do niego, wiedział,
że była tym bardzo przejęta, ale nie słuchał. Powoli wstał,
wtedy do jego oczu napłynęły łzy. Kiedy chwycił za gałkę
odwrócił się jeszcze na chwilę w kierunku łóżka i rzucił
słowem - przepraszam-, które z trudnością przeszło mu przez
gardło. Wyszedł z pokoju, szedł stałym szybkim krokiem w kierunku
wyjścia. Łzy po jego polikach płynęły tak szybko, że jego
koszulka niemal zupełnie zmokła. Nie przejmował się tym, nie
ocierał już nawet twarzy. Po prostu szedł do drzwi. W jego głowie
wciąż dźwięczały słowa Lindy - ma białaczkę - nie myślał
o niczym innym, tylko o tych słowach. Wyszedł z kliniki nie
zważając na ludzi, przez których się przepchnął. Zegar miejski
właśnie wybił godzinę dziesiątą kiedy przechodził obok ławki.
Tej ławki przy której zawsze wspólnie z Rosalie spędzali
popołudnia. Wtedy poczuł gniew. Niesamowity gniew który przeszywał
jego organizm. Dłonie zacisnęły się w pięści, nogi prowadziły
go coraz szybciej, oddech przyspieszał i stawał się płytszy.
Niesamowicie nabuzowany doszedł do frontowych drzwi szpitala św.
Tomasza. Wtedy po raz pierwszy stanął, zamknął oczy i wziął
głęboki wdech. Nagle wszystko mu się zakręciło, nie wiedział co
się z nim dzieje. Upadł.
Ta dziewczyna w tle mnie trochą drażni, ale poza tym jest okej...
OdpowiedzUsuńSzkoda, że Rosalie jest chora...